Bohater Niezmienny – Lee Child, „W tajnej służbie”

 

Lee Child, „W tajnej służbie”

BOHATER NIEZMIENNY

U Jacka Reachera bez zmian. To dobra wiadomość dla fanów i kiepska dla czarnych charakterów.

Przygody Jacka Reachera dawkuję sobie sporadycznie. Jedna, dwie rocznie. Nie spieszy mi się nigdzie, a przy natłoku obowiązków i tony innych rzeczy do czytania i oglądania, muszę jakoś to sobie wszystko selekcjonować.

Teraz, po dłuższej przerwie, sięgnąłem po szóstą powieść Childa o perypetiach tego byłego żandarma wojskowego i było super. Była zagadka, zagrożenie, akcja, przemoc i przede wszystkim Jack Reacher. Bo powiedzmy sobie szczerze – albo człowiek kupuje tę postać i zaprzyjaźnia się z twórczością Lee Childa, albo nie kupuje i czyta sobie coś innego. Ja zostałem fanem Reachera od pierwszych strw-tajnej-sluzbie-leeon „Poziomu śmierci” i kilka lat później nic się w tym temacie nie zmieniło. Bo Jack Reacher to bohater doskonały. Po prostu. Doskonały w klasycznym rozumieniu tego słowa dodajmy. Inteligentny, silny, szlachetny. Błyskotliwy śledczy z przenikliwym umysłem i samotnik wędrujący po współczesnej Ameryce. Ekspert od (nie zawsze czystej) walki wręcz i wszelkiej broni palnej. Wrażliwy na ludzką krzywdę i niezmordowanie wymierzający swoją własną wersję sprawiedliwości hordom niegodziwców. Kobiety niezmiennie padają w jego ramiona, faceci niezmiennie padają pod jego ciosami. Lub kulami. Ot, taki sobie ideał.

Tak, wiem i rozumiem – bohater tak opisany i przedstawiony może się na dzień dobry spotkać głównie z uśmiechami pełnymi politowania. Jednowymiarowy, wyidealizowany, nierealny. Nudny. A jednak od dwudziestu powieści święci sukcesy i ma rzesze fanów na całym świecie. Nie będę się tu rozwodził i analizował skąd ten fenomen, ale jeśli chodzi o moją skromną osobę, to powiem wprost – bo brakowało mi takiego bohatera. Rzecz w tym, że dożyliśmy takich dziwnych czasów, gdzie do lamusa odszedł bohater pozytywny. Gdzie powiedzenie o kimś, że jest dobry nie wystarcza. Ba, jest niezrozumiałe. Dobry w czym, wielu zapyta. Cholera, po prostu dobry! Pamiętamy jeszcze te pojęcia? Dobro? Zło? Szlachetność? Pomaganie innym…? Ilustracją tego co chcę powiedzieć są współczesne seriale zza oceanu, które (zasłużenie) święcą sukcesy również u nas. Spójrzmy na głównych bohaterów kilku najgłośniejszych tytułów z ostatnich 10 – 15 lat. Gangsterzy, szefowie karteli, seryjni mordercy, zdemoralizowani politycy, niestabilni psychicznie oficerowie wywiadu, mniej lub bardziej ześwirowani i skorumpowani policjanci, itd, itd. Jest tu pewien wzór? Jest. Proszę mi wierzyć, ja uwielbiam wielowymiarowe postacie, niejednoznaczne sytuacje i odcienie szarości w fabule zamiast tradycyjnego podziału na czarne i białe. Rzecz w tym, że wydaje mi się, że za bardzo przeszliśmy na drugą stronę w poszukiwaniu „realistycznych” historii i bohaterów. W myśl zasady, że ponieważ świat jest zły i nikt nie jest do końca dobry, to my tak to właśnie opiszemy/pokażemy i wtedy i tylko wtedy nasz serial/film/książka będą odebrane jako autentyczne. Czyli „dobre”. I dlatego właśnie postać Jacka Reachera tak bardzo przypadła mi do gustu. Bo był inny. Jak z minionej epoki. Mówiąc wprost – w natłoku zbrukanych wszelkim złem historii o pesymistycznych zakończeniach z moralnie szemranymi bohaterami, ten były śledczy armii amerykańskiej pojawił się niczym samotny jeździec, który zgodnie z pokrytymi kurzem podaniami i legendami, przyjeżdża do miasteczka, żeby zaprowadzić ład i porządek. I nagle okazało się, że jest jeszcze miejsce w naszej wyobraźni (miałem napisać „w mojej”, ale biorąc pod uwagę ilość sprzedawanych egzemplarzy powieści Childa, to chyba na szczęście nie jestem wyjątkiem) dla fantazji o ostatnim sprawiedliwym, który niezwykle obrazowo rozdaje ból, cierpienie i śmierć złym ludziom, a przy tym nie przestaje być porządnym człowiekiem.

Dodam tylko, że „W tajnej służbie” jest o tym, że Reacher zostaje zwerbowany przez Secret Service do zrobienia swoistego audytu zewnętrznego ich zabezpieczeń, bo oto pojawiło się zagrożenie życia kandydata na wiceprezydenta. I tyle. Więcej zdradzać nie ma sensu, bo po co zabierać frajdę potencjalnym czytelnikom. Przyznaję, że osobiście nie byłem przekonany do tego zarysu fabuły (dla mnie Reacher mógłby za każdym przybywać w nowe miejsce i po prostu siać pogrom wśród czarnych charakterów), ale po lekturze jestem absolutnie usatysfakcjonowany – dostałem to co chciałem, czyli starannie odmierzoną dawkę Reachera. Powiem więcej – tak mi się spodobało, że zamiast odczekać wspomniany na początku okres abstynencji pomiędzy jego kolejnymi przygodami, od razu zacząłem czytać następną odsłonę losów naszego superbohatera. Na pohybel złu.

Przemysław Lewanowicz – COO Wspieraj Kulturę

 

Facebook Comments
Napisano w Recenzje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*