Ryby, spluwy i śmierć mężczyzny

Legenda o samobójstwie

David Vann

Wydawnictwo Pauza

 

Nie ma się co oszukiwać, żaden recenzent nie da rady podchodzić do lektury z zupełnie czystą głową. Często nawet za najbardziej akademickimi analizami stoją chwilowe nastroje czy odgórne założenia i oczekiwania. A co dopiero w przypadku osób takich jak ja, które nie ukrywają, że czytają książki przede wszystkim „przez emocje”. Tak się złożyło, że biorąc się za lekturę „Legendy o samobójstwie”, właśnie wyglądałem narodzin drugiego syna. To musiało skończyć się afektywnym crash testem.

Debiut Davida Vanna pojawił się na naszym rynku wydawniczym z etykietą prozatorskiego zjawiska. „Legenda o samobójstwie” ma na koncie kilkanaście nagród (m.in. w USA, Hiszpanii i Francji) i ukazała się już w ponad 50 krajach. Dodatkowo autor w wywiadach szczerze przyznaje, że jest to książka oparta na jego osobistej tragedii, a proces twórczy był dla niego elementem autoterapii. Ojciec pisarza zabił się, kiedy ten miał 13 lat. Vann przez dziesięć lat próbował „przepracować” ten osobisty dramat, pisząc, a kolejne lata książka przeleżała w szufladach wydawców, którzy mieli obawy przed ruszaniem takiego tematu. Cała ta otoczka to idealny materiał dla marketingowców – przynęta, którą dzisiejsi czytelnicy bardzo chętnie łykają.

Zaczynając lekturę, nie miałem jednak pojęcia o autobiograficznym aspekcie tej prozy. Co więcej, spodziewałem się powieści, więc dodatkowo zaskoczyła mnie struktura książki. „Legenda o samobójstwie” to zbiór pięciu krótkich opowiadań i jednej dłuższej noweli, które właściwie są wariacjami na ten sam temat. Trochę tak jakby główny bohater wszystkich utworów Roy – najpierw jako dziecko, potem jako dorosły – wciąż układał sobie w głowie alternatywne scenariusze, odmienne wersje wydarzeń, które mają pomóc mu zrozumieć, dlaczego jego rodzina się rozpadła i czemu ojciec posunął się do ostateczności. Różne przedstawienia podobnej historii sprawiają, że nie mamy pewności, co wydarzyło się naprawdę. 

Centralne miejsce w tej dziwnej fabularnej układance zajmuje nowela „Wyspa Sukkwana”. Ojciec Roya postanawia spędzić z synem rok na całkowitym odludziu (David Vann jako nastolatek dostał podobną propozycję podróży w głąb Alaski ze swoim ojcem – w odróżnieniu od bohatera książki, nie zdecydował się na taką wyprawę, a kilka tygodni później rodzic postanowił pożegnać się ze światem). Czy jest coś bardziej pierwotnego od scenariusza: ojciec i syn kontra dzika przyroda. Młody mężczyzna uczy się od dojrzałego, jak ujarzmić świat, podporządkować go sobie i przy pomocy strzelby i noża wspiąć się na szczyt piramidy istnień. Jest coś mitycznego i pociągającego w tej prostej wizji, gdy dni upływają tylko na polowaniu i próbach przetrwania. Taki swoisty powrót do początków człowieczeństwa, gdzie nie ma czasu na zdefiniowanie dobra i zła. U Vanna szybko jednak okazuje się, że taki powrót to całkowita ułuda. Zamiast surwiwalowej przygody jesteśmy świadkami powolnego rozpadu relacji rodzic–dziecko. Roy permanentnie zastanawia się, „kim jest ten dziwny dorosły facet, do którego mówię tato”. I z jednej strony nie potrafi zrozumieć źródła rozpaczy swojego ojca, boi się jej, a z drugiej z całych sił stara się być wsparciem i podporą. Na końcu zaś cała wyprawa zmienia się w przedziwny test lojalności, który oblewa zarówno ojciec, jak i syn. Autorowi „Legendy…” udało się tutaj uchwycić ten kluczowy moment dorastania, gdy dziecko zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego rodzice są omylni, mają swoje słabości i kryzysy. Temu odkryciu wcale nie muszą towarzyszyć tak dramatyczne wydarzenia, jak rozpad rodziny czy samobójcza śmierć, by było ono doświadczeniem wyjątkowo bolesnym i wstrząsającym.

Można również czytać debiut Vanna jako studium kryzysu męskości. Figura ojca, która powinna być fundamentem patriarchalnego świata, tutaj sypie się i chwieje. Mężczyzna orientuje się, że został odarty z pozorów siły i dominacji. Okazuje się bowiem, że wymachiwanie bronią palną, polowanie, łowienie ryb i seksualne podboje przestały być punktami odniesienia. Tworzą raczej marny teatr, w ramach którego faceci starają się ukryć fakt, że nie radzą sobie z tworzeniem głębszych relacji, tłumią swoje emocje i właściwie nie potrafią znaleźć swojego miejsca na świecie. Pozostaje im tylko autodestrukcyjna siła, która pcha ich ku zagładzie.

Nie będę ukrywał, że lektura „Legendy o samobójstwie” była dla mnie wyzwaniem. Bez przerwy zmuszała mnie, żeby konfrontować się z pytaniami: jakim będę ojcem? jakim jestem ojcem? czy z boku moje decyzje wydają się tak samo żałosne, jak decyzje rodzica Roya? gdzie jest ta granica, za którą tracisz resztki kontroli nad swoim życiem? I trochę było tak, że te pytania były ciekawsze od samej fabuły. Irytowałem się na bohaterów tej książki i cały czas miałem nadzieję, że może za stronę, dwie, nastąpi przełamanie, zmieni się aura. Nic takiego jednak nie następuje. Katharsis nie nadchodzi. Po lekturze jesteśmy zostawieni z poczuciem pustki i sami musimy sobie z tym poradzić. Trochę tak jak Roy i jego ojciec. A ja nadal nie mogę się zdecydować, czy to dobrze czy źle.

Legenda…” to proza specyficzna – melancholijna, powolna i nużąca. Porusza trudne tematy, w ciężkawej formie. Ale myślę, że warto podejmować takie czytelnicze wyzwania, nawet jeśli miałyby pozostawić nas z poczuciem frustracji. W końcu literatura to zdecydowanie coś więcej, niż słój ze słodyczami.

(af)

.

Facebook Comments
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *